piątek, 7 grudnia 2018

Rozdział 15


Pomimo długich poszukiwań stało się tak, jak przewidziałam – Edward i Carlisle nie zdołali odnaleźć Iriny. Ruszyli jej tropem jak najszybciej, przepłynęli nawet zatokę, przy której ślad się urywał, zlustrowali przeciwległy brzeg, lecz nie zdołali natrafić na nic więcej.
Nie wiedziałam, co powinnam o tym wszystkim myśleć. Tysiące przeczuć, emocji, domysłów i wątpliwości mieszało się w jedno, sprawiając, że chwilami zaczynałam zapominać, jak mam na imię. Ten bałagan w głowie sprawiał, że nie umiałam skupić się na niczym – nie mogłam zasnąć, zapominałam o tym, że do zjedzenia obiadu niezbędne jest poruszanie dłonią z widelcem, nie rozumiałam, co dzieje się w książce, którą chciałam się nieco rozproszyć. Jeszcze niedawno czytanie potrafiło całkowicie oderwać mnie od rzeczywistości, przenieść w inny świat tak dokładnie, bym zupełnie zapomniała o tym prawdziwym, teraz jednak za nic nie mogłam wpędzić się w ten upragniony stan. Gdy przyłapałam się na tym, że już piąty raz śledzę wzrokiem to samo zdanie, a nadal nie mam bladego pojęcia, o co w nim chodzi, a było mi zdecydowanie zbyt zimno na to, by wybrać się na patrol (poza tym doskonale pamiętałam o tym, że teraz była kolej Setha, a młody ostatnio zaczynał się buntować, gdy wchodziłam mu w kompetencje), postanowiłam udać się do nadmiernie zaludnionego salonu i zająć żałosnym odmóżdżaniem telewizją.
Chociaż sama nie wiem, czy pojęcie „zaludniony salon” jest tu choć minimalnie trafione.
Gdy wcześniej podsłuchiwałam rozmowy Belli z rodziną, jak zwykle nie zamierzając się wtrącać, wyłapałam kilka rzeczy, które wraz z dość niejasnymi wspomnieniami tworzyły pewien obraz sytuacji. Kojarzyłam, że była jakaś afera w związku ze ślubem Belli i Edwarda, choć nie miałam pojęcia, o co dokładnie w niej chodziło – spędziłam wtedy cały dzień w ciele wilka, by razem z resztą mieć oko na Jacoba w razie gdyby zachciało mu się zrobić coś wyjątkowo głupiego (swoją drogą, to zachciało mu się szybciej, niż wszyscy obstawialiśmy). Co Irina konkretnie zrobiła i co mogła sobie o tym pomyśleć, pozostawało już dla mnie tajemnicą, ale wraz z tym, że wciąż chodziło mi po głowie to, że przecież to właśnie wilkołaki zabiły jej ukochanego Laurenta, dało mi już do myślenia. Może kobitka nie żywiła urazy za spoufalanie się z ludźmi, jakim było przecież ze strony Edwarda ochajtanie się z żywą wówczas Bellą, tylko poszło o... ich zażyłość z naszą sforą? Teraz, gdy Bella niemal dosłownie wcisnęła jej się przed oczy podczas baraszkowania w śniegu z córką i przemienionym w wilka Jacobem, mogła przecież nie wytrzymać.
Okazało się, że bezmyślne śledzenie losów jakiejś wyjątkowo nieudanej brazylijskiej telenoweli zaskakująco pomaga w uporządkowaniu myślowego chaosu. Niemal plułam sobie w brodę, że nie wpadłam na to wcześniej.
No bo dlaczego Irina tak nagle się tutaj zmaterializowała? Jak dla mnie być może chciała za coś przeprosić, być może za to coś w związku ze ślubem Belli i Edwarda. Może chciała się ze wszystkimi pogodzić, bo przecież traktowali się niemal jak rodzina. A tu... No cóż. Bardziej ostentacyjnie zgasić jej nie mogli.
Ale z drugiej strony... czy aby na pewno chodziło tutaj o wilkołaka?
Irina, stojąc na tamtej grani i patrząc na rodzinną scenkę, z pewnością oprócz zaprzyjaźnionych wampirzycy i przerośniętego psa zauważyła też coś jeszcze. A konkretnie nienaturalnie piękne dziecko, ochoczo chwalące się swoimi nadnaturalnymi zdolnościami. Coś tam pamiętałam, że wśród wampirów panuje rygorystyczny zakaz przemieniania dzieci, za złamanie karany bodajże śmiercią. Coś tak czułam, że wszyscy możemy mieć w najbliższym czasie nieco... przesrane.
Nie wiem, jak to się stało, że tak nagle zaczęłam na dobre traktować ich jak rodzinę – jak moje malutkie krwiożercze owieczki, którymi chciałam się zaopiekować – ale nawet przez chwilę nie było dla mnie opcji, by zostawić ich na pastwę niebezpieczeństwa. I to zwieszającego się nad nimi dość realnie...
Tak, może i powstała między nami swoista więź, ale przy okazji byłam też pewna, że za nic nie przyjmą do wiadomości moich ostrzeżeń. Byli zbyt uprzejmi, zbyt łatwowierni. Żadne nie przełknie opcji, według której kochana kuzyneczka, powodowana dawnym fochem i szczeniacką frustracją, naskarży o wszystkim Volturi. Dla mnie pozostawało to jedynie kwestią czasu, ale oni pewnie nie uwierzyliby nawet gdyby powiedziała im o tym wprost. Dalej trwaliby przy przeświadczeniu, że przecież rodzinie się takich rzeczy nie robi.
Nie robi. Chyba że jest się zrozpaczoną kobietą, która przez wilkołaka straciła miłość swojego życia, a przez nieśmiertelne dziecko matkę.
Carlisle podobno zadzwonił do Tanyi, siostry Iriny, by spytać, czy kobieta do nich dotarła. Jak łatwo można było się domyślić – klan Denali również rozpaczliwie jej szukał, martwił się... Rozłąka z siostrą, choćby chwilowa, musiała być dla nich wielkim przeżyciem. Zastanawiałam się, czy ich więź nie stała się tak mocna przez to, jak straciły matkę. Alice próbowała zajrzeć w przyszłość, by czegoś się dowiedzieć, niestety obecność moja i Renesmee nieustannie blokowała jej wizje. Ustaliła jedynie tyle, że Irina jest zrozpaczona, targana silnymi emocjami i idzie gdzieś, nie podjąwszy na razie żadnej konkretnej decyzji.
Moim zdaniem to akurat było tylko kwestią czasu.
Jak dla mnie – wszyscy siedzieliśmy na bombie. Tu potrzeba było wzmożenia czujności, zainteresowania się okolicą, może kolejnych poszukiwań... a tu z każdym dniem miałam wrażenie, że sprawa cichnie. Tylko ja nieustannie myślałam, cała reszta zaczęła skupiać się na innych sprawach, o tej powoli zapominając. Znowu zaczęli knuć wycieczki krajoznawcze – podobno po to, by dowiedzieć się czegoś o Renesmee, co też stanowiło swego rodzaju priorytet, ale w tym ferworze mając głęboko to, co mogło być o wiele istotniejsze. I mogło wydarzyć się o wiele szybciej, niż ewentualne zestarzenie się i zejście ze świata małej.
W końcu nie będzie miał się kto starzeć i umierać, jeśli przyjdą tu całą armią, żeby nas wyrżnąć i spalić ku przestrodze dla potomnych.
Tego dnia, gdy okazało się, że to ja miałam rację, wszystko toczyło się pozornie swoim rytmem. Siedziałam sobie w fotelu przed panoramicznym oknem w salonie Cullenów, delektując się mocną kawą i zaskakująco marzycielsko jak na mnie zachwycając się padającym nieprzerwanie topniejącym śniegiem, jednocześnie mimochodem rejestrując wszystko to, co działo się wokół mnie. A jak na dom, w którym zwykle panowała idealna, nieprzerywana nawet szmerem oddechów cisza, działo się naprawdę wiele. Przyzwyczajona do spokoju, czułam się tak, jakby głowę miało mi rozsadzić od nadmiaru bodźców. Usiłowałam wymyślić jakiś plan, zastanawiałam się też, jak przedstawić wszystko obu sforom, by mieć w nich ewentualne wsparcie. A reszta za nic miała to, że właśnie męczyły mnie rozterki nad bezpieczeństwem ich marmurowych tyłków...
Renesmee oddychała spokojnie, śpiąc na kanapie, widocznie już doszedłszy do wniosku, że nie ma co liczyć na to, że rodzice zabiorą ją dzisiaj do domu, a Bella przyglądała się, jak Carlisle i Edward naradzali się, doprecyzowując szczegóły wspomnianej wycieczki krajoznawczej. Esme i Rosalie zastanawiały się nad tym, co powinny spakować, Emmett i Jasper z kolei przekrzykiwali się żywiołowo, planując „urozmaicenie diety”, jak to nazwali. Od polowania na jaguary i pantery przeszli do chęci skosztowania anakondy i innych tropikalnych paskudztw, na myśl o których tylko robiło mi się niedobrze. Egzotyczna fauna Amazonii za nic mnie nie pociągała, tak samo jak stada komarów, które pewnie osiągały tam niesamowite rozmiary i jak jeden mąż zleciałyby się z całej okolicy, by nadgryźć właśnie mnie. Jacob podobno miał ruszyć ze wszystkimi, lecz teraz nie było go nigdzie w pobliżu – wybył, by poinformować Sama o swojej rychłej nieobecności.
Jedyną osobą, która zdawała się nie wpaść w „wakacyjne szaleństwo”, była Alice. Dziewczyna już na pierwszy rzut oka wyglądała na taką, co kompletnie nie wie, co ze sobą zrobić – nie mogła usiedzieć w miejscu, ciągle znajdowała sobie jakieś zajęcie. Poruszała się powoli jak na nią, ale zdążyła już niepotrzebnie odkurzyć wszystkie świąteczne ozdoby, którymi Esme nie wiadomo po co obkleiła cały pokój, poprzestawiać wazony, zetrzeć wszystkie kurze... Wyraz twarzy miała nieobecny i po lekko zamglonych oczach można było łatwo się domyślić, że wciąż próbuje zajrzeć w przyszłość. Co chciała tam zobaczyć? Przyszłość Iriny? Czy może chciała dowiedzieć się, gdzie będą mieć jak największe szanse na znalezienie informacji o półwampirach? Przechylałam się raczej ku temu drugiemu, lecz z błędu wyprowadził mnie spokojny głos Jaspera:
Daj spokój, Alice. Jej żałoba to nie nasz problem.
Alice pokazała mężowi język, ale nie zaprotestowała, gdy aura w pomieszczeniu stała się nienaturalnie spokojna.
Trochę mi ulżyło, że nie jestem w sama w tym drżeniu o nasze bezpieczeństwo. A przynajmniej miałam taką nadzieję, że dało się w ten sposób te słowa zrozumieć – że nie chodziło o kolejny pokład empatii, altruizmu i cholera wie czego jeszcze, którymi cała rodzinka nieraz doprowadzała mnie do szału. No bo ja rozumiem bycie dobrym, ale nie cukierkowo zaślepionym! A z każdą chwilą coraz mocniej odnoszę wrażenie, że tylko ja tutaj dostrzegam wszystko takim, jakim może się okazać. I za nic te moje spostrzeżenia mi się nie podobają.
Ech, a może po prostu powinnam wyluzować? Może za bardzo się tym wszystkim przejmuję? Może trochę takiej cukierkowatości wyszłoby mi na dobre?
Już byłam gotowa przyznać, że chyba naprawdę muszę się nieco rozluźnić i przestać wypatrywać spisku wszędzie tam, gdzie go nie ma, gdy stała się rzecz dość... niezwykła.
Alice trzymała akurat w dłoniach wazon z kwiatami i niosła go w stronę kuchni, pewnie chcąc wymienić w nim wodę lub bestialsko zamordować jedną z róż, która sprawiała wrażenie lekko przywiędłej. Właściwie nie zarejestrowałam, czy drgnęła, czy się spięła, czy tuż przed tym zmienił się jej wyraz twarzy – to, co odbijało się w wielkiej szybie, a co było moim jedynym informatorem, jako że nadal nie zamierzałam odwracać się od okna, nie było na tyle szczegółowe, bym mogła być wszystkiego pewna – ale nie zmieniało to faktu, że gdy kryształowe naczynie wysunęło się z doskonałych, nienawykłych do popełniania błędów wampirzych rąk, aż podskoczyłam, wylewając sobie kawę na kolana. Zaklęłam wściekle – była jeszcze gorąca – i obejrzałam się z chęcią mordu na zamieszanie...
Z tym że to nie był wcale akt złośliwości, przypadek, niezdarność czy inna sprawa, o którą miałabym prawo się wściec – na Boga, przecież miałam do czynienia z wampirzycą! Ona nawet, jeśli by ten wazon celowo rzuciła, mogłaby bez żadnego wysiłku złapać go tuż nad podłogą! Nie przypuszczałam, że to możliwe, by ktoś taki jak ona coś upuścił. Nigdy.
Czas na chwilę stanął w miejscu. Ucichły rozmowy, wszystkie spojrzenia zwróciły się w stronę drobnej sylwetki. Wieszczka stała tak chwilę, odwrócona do nas tyłem i zupełnie nieruchoma, lecz w następnej sekundzie wszystko potoczyło się tak, jakby ktoś wcisnął przycisk przewijania na pilocie. Obróciła się tak gwałtownie, że aż rozmyła się w powietrzu, i oparła dłonią o ścianę, jakby nie była w stanie sama utrzymać równowagi. W jej nieobecnych oczach kryły się ból, rozpacz, strach...
Nie strach. Przerażenie.
Edward wciągnął powietrze tak gwałtownie, że aż się prawie nim zakrztusił. Jasper błyskawicznie doskoczył do Alice, położył jej dłonie na ramionach i potrząsnął, chcąc przywrócić ją do rzeczywistości.
Co jest? Alice, co się stało? – powtarzał.
Emmett drgnął, rozejrzał się, chyba nieświadomie obnażając zęby. Odruchowo zaczął szukać wzrokiem zagrożenia. Reszta nie odezwała się nawet słowem, wciąż sparaliżowana.
Co, u licha, jest grane? – Jasper jeszcze raz potrząsnął wątłą na pierwszy rzut oka dziewczyną.
Jadą po nas. Wszyscy – szepnęła jednocześnie z Edwardem. Jeśli to w ogóle jest możliwe, rudy wydawał mi się jeszcze bledszy, niż zazwyczaj.
W pokoju zapadła głucha cisza. W złocistych oczach pojawiło się wahanie, wątpliwości, niezrozumienie... tysiące pytań, od których powietrze zdawało się aż skwierczeć. Tylko ja jedna miałam głupią ochotę, by zerwać się z miejsca i zatańczyć na środku z triumfalną miną.
Volturi – jęknęła Alice.
Wszyscy – uzupełnił zszokowany Edward.
Wiedziałam! – syknęłam. Ledwo powstrzymałam się od tego, by nie wyszczerzyć zębów w wilczym grymasie. Ognisty dreszcz smagnął mnie wzdłuż kręgosłupa, lecz zacisnęłam pięści i jakoś doprowadziłam się do porządku.
Ale dlaczego? Skąd ten pomysł? – Wieszczka popatrzyła bezradnie na swoje dłonie, jakby w nich miała nadzieję wyczytać odpowiedź.
Kiedy? – spytałam.
I dlaczego? – jęknęła Esme.
Kiedy? – powtórzył bardziej stanowczo Jasper.
Alice jeszcze raz spróbowała zajrzeć w przyszłość – jej oczy stały się na kilka sekund całkowicie nieprzytomne, tylko usta skrzywiły się w grymasie, gdy spróbowała powściągnąć przerażenie.
Wkrótce – odezwała się jednocześnie z Edwardem, lecz uzupełniła już sama: – Wszędzie będzie dużo śniegu, i w lesie, i w miasteczku. Przybędą tu za niecały miesiąc.
Grunt, że nie jutro. – W pewien sposób odetchnęłam.
Ale co nimi kieruje? – wtrącił Carlisle.
Muszą mieć jakiś powód – poparła Esme. – Może żeby sprawdzić...
Tu nie chodzi o Bellę! – przerwała jej Alice. – Przyjadą wszyscy: Aro, Kajusz, Marek, każdy z członków ich straży przybocznej. Nawet ich żony.
O kurwa – wyrwało mi się. Nie spodziewałam się, że przewidywana tragedia może osiągnąć aż takie rozmiary.
Ależ żony nigdy nie opuściły wieży! – zaprotestował Jasper. – Nigdy! Nawet podczas rebelii na południu! Nawet, gdy władzę próbowali im odebrać Rumuni! Nawet gdy polowali na nieśmiertelne dzieci! Nigdy!
Ale teraz najwyraźniej tak – szepnęłam.
Ale dlaczego? – powtórzył Carlisle. Wyglądał na takiego, co nie spocznie, dopóki motywy wampirzej rodziny królewskiej nie staną się dla niego w pełni jasne. Na to, by były jednocześnie zrozumiałe, chyba nie mieliśmy co liczyć. – Nie zrobiliśmy nic złego! A gdybyśmy nawet coś przewinili, co by to mogło być, żebyśmy aż tak im się narazili?
Tylu nas już jest... – Edward wzruszył ramionami. – Pewnie chcą się upewnić, czy czasem... – Urwał w połowie.
Ale to nie daje nam odpowiedzi na kluczowe pytanie! Dlaczego?
Wolałam na razie milczeć, by nie sprowokować jeszcze więcej strachu, lecz z każdą chwilą miałam mocniejsze wrażenie, że udało mi się to wszystko przewidzieć. Wciąż zaciskałam pięści, czekając, aż nastąpi odpowiedni moment. Może też mając nadzieję, że sami jakoś do tego dojdą, bym nie musiała wszystkiego ujawniać i nagle znajdować się w centrum uwagi...
Sprawdź to, Alice – poprosił Jasper. – Zobacz, co ich sprowokowało.
Pokręciła przecząco głową.
Ta wizja przyszła znikąd, Jazz. Nie przyglądałam się poczynaniom Volturich. Nawet naszej przyszłości nie badałam. Rozglądałam się za jakimiś wieściami o Irinie. Nie było jej tam, gdzie się tego spodziewałam...
Nagle zachwiała się, złociste oczy ponownie zaszły mgłą. Drgnęła po dłuższej chwili.
Postanowiła, że do nich pojedzie – zaczęła. – Irina postanowiła, że pojedzie do Volturich. A potem z kolei to oni podejmą decyzję, żeby przyjechać tutaj. Ale wygląda to tak, jakby już od dawna na nią czekali. Jakby swoją decyzję podjęli już dawno temu, tylko czekali na Irinę...
Zdrajczyni! – rzuciłam. Niemal widziałam obracające się w wampirzych głowach trybiki.
Czy możemy ją powstrzymać? – chciał wiedzieć Jasper.
To niemożliwe. Jest już prawie na miejscu.
Co ona wyprawia? – jęknął Carlisle.
Czekałam jeszcze chwilę. Zerkałam co chwilę niepewnie na Bellę, dziwnie milczącą i odległą. W niej pokładałam ostatnie nadzieje, lecz gdy cisza nadal się przeciągała, w końcu nie wytrzymałam.
Wy naprawdę tego nie widzicie? Skupcie się wreszcie! – parsknęłam. – Jak myślicie, co ktoś, kto stracił matkę przez nieśmiertelne dziecko, zobaczył jako pierwsze w tej scence rodzajowej, jaką urządziliście z Jacobem?
Wszyscy spojrzeli na mnie. W wampirzych oczach błysnęło zrozumienie i jeszcze większy strach, silniejszy niż do tej pory.
Nieśmiertelne dziecko – wyszeptał Carlisle.
Wreszcie dotarło! – Zaśmiałam się bez cienia wesołości.
Tyle że Irina się myli – odezwała się Bella z paniką w głosie. – Renesmee nie jest taka jak tamte dzieci. One się nie zmieniały, a mała rośnie jak na drożdżach. Nad nimi nie dawało się zapanować, a mała nigdy jeszcze nie zrobiła krzywdy ani Charliemu, ani Sue, ani nawet nie pokazała im nic, co mogłoby ich przestraszyć. Potrafi się kontrolować. Już jest bystrzejsza od większości dorosłych. Nic na nią nie mają... – Za murem słowotoku starała się ukryć to, jak bardzo się przejęła.
Za taką zbrodnię nie karzą w procesie, skarbie. – Edward brzmiał nienaturalnie spokojnie. – Aro zobaczył już dowody w myślach Iriny. Przybędą tu, żeby wykonać wyrok, a nie żeby nad nim obradować.
Ale przecież jesteśmy niewinni! – Młoda wampirzyca nie mogła uwierzyć. Niemal zerwała się z miejsca, gdy położył jej dłoń na ramieniu.
Nie dadzą nam dość czasu, byśmy mogli ich o tym przekonać.
Co możemy zrobić?
Możemy walczyć – odezwał się ze spokojem Emmett.
Ale nie wygramy – warknął Jasper.
Cóż, uciec też nie możemy. Nie, dopóki korzystają z usług Demetriego. – Wielki wampir skrzywił się. Podejrzewam, że to nie myśl o niejakim Demetrim napawała go obrzydzeniem, a opcja, że mógłby wziąć nogi za pas. – Nie rozumiem, dlaczego nie moglibyśmy wygrać. Mamy do wyboru kilka opcji. Nie musimy walczyć sami.
Nie ma mowy, Emmett! – Bella aż się uniosła. – Nie naślę Quileutów na Volturich!
Bella, wyluzuj. – Uśmiechnął się drapieżnie. W tej chwili ostre kły, jak u wampirów rodem z bajek, pasowałyby mu jak ulał. – Nie miałem na myśli sfory.
Wątpisz, że Sam i Jacob zignorowaliby taką inwazję? – Obejrzałam się na niego z ogniem w oczach. – Nawet, jeśli nie chodziłoby o waszego szczeniaka? Dzięki Irinie przecież Aro i tak już musi wiedzieć o naszym przymierzu.
Nie wątpię, że obie sfory przyszłyby nam z pomocą, ale myślałem o innych naszych znajomych.
Nagle mnie olśniło. Zaczynałam rozumieć, co mu chodzi po tym wielkim łbie.
Nie będę skazywał swoich przyjaciół na śmierć – zaprotestował Carlisle.
Hej, może to im pozwól podjąć tę decyzję? – Przybrany syn uniósł dłonie w poddańczym geście. – Nie upieram się, że będą musieli z nami walczyć.
Przecież już o tym rozmawialiśmy! – wtrąciłam, gdy nareszcie w pełni skrystalizowało mi się przed oczami to, do czego dążył. – Jeszcze niedawno byliście na to gotowi. Już jakiś czas temu przecież przeczuwaliście, że Volturi mogą się małą zainteresować, i szukaliście wsparcia wśród znajomych. Dlaczego nie wrócić do tego planu?
Właśnie. – Nigdy nie przypuszczałam, że jakikolwiek wampir zgodzi się ze mną w czymkolwiek. – Mogą po prostu czekać z nami na przybycie Volturich, tak żeby na ich widok tamci się zawahali. Bella i Leah mają rację. Trzeba zgromadzić tak wielkie poparcie, by tamci nie mieli wyboru i zgodzili się nas wysłuchać. Chociaż z drugiej strony, jeśliby nam uwierzyli, ominęłaby nas fajna bitwa...
Spojrzałam na niego z miną mówiącą „a już myślałam, że jednak zmądrzałeś”, ale niestety nie wziął sobie tego przesłania do serca. Mrugnął tylko do mnie, powstrzymując uśmiech.
Dobrze mówicie – poparła nas Esme. – To ma sens. Ta chwila zwątpienia z ich strony – dokładnie tego nam trzeba. Spróbujemy przemówić im do rozumu.
Będziemy musieli ściągnąć tu wielu świadków. – Rosalie odezwała się pierwszy raz. – Więcej, niż zakładaliśmy na tym samym początku, o którym mówiła futrzasta.
Przełknęłam cisnący się na usta komentarz. To nie była pora na uświadomienie blondi po raz drugi, że wcale nie jest taka niezniszczalna, jak jej się wydaje.
O tyle możemy naszych przyjaciół poprosić. Mieliby po prostu dać świadectwo.
Zrobilibyśmy dla nich to samo – zauważył Emmett.
Musimy tylko bardzo uważać na sposób, w jaki im to przekażemy – mruknęła Alice. – Musimy starannie zaplanować te pierwsze spotkania. – W jej głosie znowu pojawiła się nutka paniki.
Spotkania? – Jasper spojrzał na nią z uniesionymi brwiami.
Dziewczyna nie zamierzała rozwijać. Nie czekając dłużej, zaczęła wyliczać:
Rodzina Tanyi. I Siobhan. I Amuna. I część nomadów, na pewno Garrett i Mary, może Alistair.
A co z Peterem i Charlotte? – Po głosie Jaspera łatwo można było poznać, że te dwie postacie to ktoś dla niego ważny i raczej wolałby nie pchać ich na rzeź. Bo opcji rzezi wciąż raczej nie wykluczyliśmy.
Być może.
A wampirzyce z Amazonii? – podsunął Carlisle. – Kachiri, Zafrina i Senna?
Alice znowu zajrzała w przyszłość. Przez jej twarz przebiegł dziwny grymas, lecz zniknął tak szybko, że nie mogłam go zinterpretować. Spięła się ledwo zauważalnie.
Nic nie widzę.
Co to miało być? – pogonił ją niecierpliwie Edward. – Ten fragment z dżunglą. Będziemy ich szukać?
Nic nie widzę – powtórzyła uparcie, ale nie tylko mi zabrzmiało to na kłamstwo. – Będziemy musieli się rozdzielić i pospieszyć – trzeba to załatwić, zanim śnieg zacznie osiadać na ziemi. Musimy dotrzeć do kogo tylko się da i ściągnąć ich tutaj, by zobaczyli dowody. – Odpłynęła na jeszcze jedną chwilę. – Spytajcie Eleazara. Za tym kryje się coś więcej, niż tylko obowiązek zlikwidowania nieśmiertelnego dziecka.
W salonie zapadła cisza. Wszyscy czekali z niecierpliwością, aż Alice wyjdzie z transu.
Tyle tego – jęknęła. – Mamy mało czasu.
Alice? – odezwał się Edward. – Wszystko działo się tak szybko. Nic z tego nie zrozumiałem. Co to za...
Nic nie widzę! – wydarła się na niego. Pierwszy raz widziałam malutką Alice prawdziwie wściekłą. – Jacob zaraz tu będzie!
Rosalie ruszyła w stronę drzwi.
Ja się tym... – zaczęła, ale wieszczka przerwała jej szybko.
Nie, niech wejdzie. – Jej głos z każdą chwilą stawał się coraz mocniej piskliwy. Wyglądała tak, jakby nie pragnęła niczego bardziej niż ucieczki jak najdalej stąd. Chwyciła Jaspera za dłoń i ścisnęła tak mocno, że pewnie gdyby był człowiekiem, połamałaby mu kości. – Z daleka od Nessie też lepiej będzie mi się widziało. Muszę sobie stąd pójść. Muszę się porządnie skoncentrować. Muszę sprawdzić każdy najdrobniejszy szczegół. Muszę już iść. Chodź, Jasper, nie mamy czasu do stracenia! – Pociągnęła zagubionego męża stanowczo za sobą i oboje czym prędzej wypadli w noc, mijając na drewnianych stopniach zaskoczonego Jacoba. – Ruszcie się! Musimy ich wszystkich namierzyć! – krzyknęła na odchodnym i zniknęła w falach topniejącego śniegu.
Kogo namierzyć? – zdziwił się Jacob, zamykając drzwi po dłuższej chwili zastanowienia. – Co ją tak nosi?
Nikt mu nie odpowiedział, wszyscy tępo wpatrywali się w przestrzeń, pewnie nie mogąc poradzić sobie z zalewającymi umysł myślami. Kiedyś słyszałam o tym, jakoby wampiry mogły bez trudu analizować kilka rzeczy jednocześnie, bo ich umysły z chwilą przemiany stawały się zaskakująco pojemne, ale zaczynałam w to wątpić.
Jacob jak gdyby nigdy nic wytrząsnął sobie resztki roztopionego śniegu z włosów i naciągnął koszulkę.
Cześć, Bells! Myślałem, że o tej porze będziecie już u siebie. – Wreszcie spojrzał w przerażone oczy Belli i zamilkł. Kiedy zauważył pozostałości kryształowego wazonu na podłodze, otworzył szeroko oczy i zadrżał silnie.
Co jest? Co się stało?
Chyba pierwszy raz w życiu pożałowałam, że jako człowiek nie mogłam przekazać mu swoich myśli. O ile prościej by było wszystko pokazać takim, jakim było, zamiast bawić się w odtwarzanie, opowieści... w całą tę szopkę, która zabierała tak wiele czasu.
Nic je nie jest? – Sięgnął do czółka Renesmee, chcąc sprawdzić jej temperaturę. – Tylko błagam, Bella, mów prawdę!
Wszystko z nią w porządku – wykrztusiła młoda wampirzyca.
Więc o co chodzi?
Panie Alfo, obawiam się, że mamy przejebane – odezwałam się ze swojego kąta.

środa, 26 września 2018

Rozdział 14


Następne dni zlewały mi się w jedno. Zdawałam się trwać w czymś w rodzaju letargu, jednocześnie uczestnicząc we wszystkich wydarzeniach, jak i czując się tak, jakbym obserwowała je z dużej odległości. Jakbym oglądała film, przejmowała się losami bohaterów, lecz nieprzesadnie zastanawiała nad tym, jaki wpływ mają na mnie samą. Praktycznie całe dnie spędzałam w skórze wilka, pogodzona ze swoją naturą jak nigdy dotąd. Miałam wrażenie, jakby jedynie przemiany w zwierzę i zajmowanie pozycji cichego obserwatora były w stanie uratować mnie przed czającym się krok dalej szaleństwem. W końcu jako wilk nie mogłam płakać, prawda? Ludzką skórę przybierałam jedynie nocą, gdy zmęczona całym dniem i szarpiącymi trzewia sprzecznymi uczuciami padałam na łóżko w swoim nowym pokoju i właściwie bardziej traciłam przytomność niż zasypiałam.
Nie potrafiłam się na niczym skupić. Nic nie sprawiało mi radości, nic mnie nie interesowało. Choć wcześniej wielokrotnie praktykowałam swego rodzaju ucieczkę od problemów w świat książek, tak teraz nawet czytać mi się nie chciało. Owszem, zdarzało się, że przysiadłam na chwilę o poranku, przewróciłam kilka stron, lecz co z tego, skoro łapałam się na tym, że czytam słowa, ale kompletnie ich nie rozumiem? Obiecywałam sobie, że po przeprowadzce do Cullenów wreszcie wezmę się za remont ukochanego samochodu, cieszyłam się wręcz, że nareszcie nabrałam siły na to, by gruchota nieco dopieścić i doprowadzić do stanu, w którym mogłabym pokazać go ludziom, lecz nawet te chęci opuściły mnie bezpowrotnie. Pamiętam, jak obrzydliwie szczęśliwa byłam, gdy tuż po wyrobieniu prawa jazdy kupiłam swoje wymarzone auto – stare, zaniedbane, ale dokładnie takie, o jakim marzyłam odkąd tylko zaczęłam choć mniej więcej orientować się w motoryzacji. Pamiętam, jak potrafiłam całe dnie spędzać na dopieszczaniu go, jaką satysfakcję czułam, gdy stary lakier w kolorze kości słoniowej zaczynał lśnić po mozolnym polerowaniu... Zaniedbałam wóz przez tą całą zawieruchę z Samem, a teraz wychodziło na to, że niewiele się zmieni. Mój mercedes trwał samotnie w garażu wampirów, smutny, nijaki i wręcz żałosny na tle aut, których ceny z pewnością nie potrafiłabym choćby odczytać. Miałam czas, miałam pieniądze na jego remont, tylko co z tego, skoro nie potrafiłam się do niego zmusić?
Nie żyłam, lecz przeżywałam. Trwałam niczym bierny obserwator. Patrzyłam, oglądałam, czasem komentowałam, martwiłam się nawet trochę tym, jak sprawa z Volturi ucichła, dopatrując się w tym jakiegoś podstępu... ale nic więcej. Wiedziałam, że jeśli tylko pozwolę własnym myślom się uwolnić, to oszaleję. Balansowałam na samej granicy szaleństwa, bliska go jak nigdy dotąd. Wystarczyłby jeden nieostrożny krok... Bałam się tego, co czekało na mnie po tej drugiej stronie.
Wszyscy wokół wyglądali na obrzydliwie szczęśliwych, lecz w swojej apatii nie przejmowałam się tym. Tak, dopiero co tak bardzo mi to przeszkadzało, tak im zazdrościłam... ale jak mogę dalej zazdrościć, skoro nie pozwalam na to, by w moim ciele sklarowało się choć jedno w pełni należące do mnie uczucie? Ja tylko obserwowałam. Tak, byli szczęśliwi. Tak, trwali w tej swojej bajce, z każdym dniem coraz mocniej tracąc czujność. Tak, tylko ja wietrzyłam w tym coś podejrzanego...
Byłam obserwatorem, ale też strażnikiem. Nie wiem, czy zdawali sobie z tego sprawę, czy byli tak zaślepieni tą radością, by zupełnie stracić właściwie przecież nieśmiertelnym odruchy... Niczego nie wiem. Wiem tylko, że trwałam gdzieś tam obok nich i czuwałam. Nie wciskałam się w nie swoje życie, nie narzucałam ze swoją obecnością, choć zwłaszcza Esme i Alice zdawały się z tego powodu niepocieszone, czego kompletnie nie rozumiałam. Poruszałam się gdzieś na samych obrzeżach, na tyle daleko, by nie przeszkadzać, i na tyle blisko, by mieć wszystko po kontrolą... i czekałam. Nie opuszczało mnie duszące w piersiach przeczucie, że to nie może skończyć się tak cudownie cukierkowo, że jeszcze coś się stanie... Niby nie dostrzegałam wokół niczego podejrzanego, ale to tylko zdwajało moją czujność.
Obserwowałam, pilnowałam, gotowa interweniować natychmiast w razie dostrzeżenia nieprawidłowości. I jednocześnie tak bardzo ich wszystkich nienawidziłam... Nienawiść była jedynym ludzkim uczuciem, jakie dopuszczałam do siebie w tych dniach. Nie skupiałam się na niej mocno, choć wciąż gdzieś tam ją czułam.
Każdy dzień zdawał mi się bliźniaczo podobny do poprzedniego, dlatego trudno mi określić, jak długo trwałam w swoim stuporze. Wszystko od samego rana, aż do wieczora działo się według jasno wytyczonego szablonu, a ja mogłabym przewidzieć to bezbłędnie. Budziłam się jeszcze o świcie, nie mogąc wstać, a chociaż dni stawały się coraz krótsze i trudno było wyznaczyć na to konkretną porę, szybko kompletnie rozregulowałam sobie zegar biologiczny. Wstawałam praktycznie od razu, nie chcąc dopuścić do tego, by myśli zaczęły nękać mnie z bezczynności. Tak, kiedyś uwielbiałam długie wylegiwanie się w łóżku, podobnie jak relaksowanie się wieczorami w aromatycznej kąpieli czy zwyczajne trwanie i patrzenie przed siebie bez celu, lecz teraz jawiło się to dla mnie jako coś niebezpiecznego, do czego za nic nie mogłam doprowadzić. Moje myśli były niebezpieczne, a więc należało się od nich jak najszybciej odciąć. W moich myślach działy się rzeczy, o których wyobrażenie nigdy bym siebie nie podejrzewała, których jednocześnie się bałam, jak i sprawiały mi dziką, perwersyjną przyjemność... W tych myślach widziałam, jak oni wszyscy umierają, a ja śmieję się tylko z odległości, śmieję do utraty tchu, nagle lekka i po prostu wolna. Te myśli były złe. Te myśli należało odgonić jak najdalej... Dlatego właśnie szybko wstawałam, jadłam jak zwykle ogromne śniadanie (wielkość moich posiłków była chyba jedyną stałą w moim życiu) i od razu po tym biegłam na patrol. Patrole, podczas których skupiałam się dosłownie na wszystkim, które kontynuowałam samotnie i które pozwalały mi odciąć się od przerażających marzeń, zajmowały mi cały dzień. Czasem zdarzało się, że zostawałam chwilę dłużej, by zdać sprawozdanie sforze, czasem tułałam się za spacerującą po lesie wampirzą rodziną, trzymając się w bezpiecznej odległości i po prostu obserwując ich poczynania, choć jeszcze niedawno byłoby to dla mnie nie do pomyślenia, a każdego wieczora padałam wykończona na łóżko, z psychicznego zmęczenia nie będąc już zdolną do niczego prócz mocnego snu bez obrazów. I to było dobre.
Osobą, której o udział w tym przesadnie kolorowym obrazku z pewnością nie podejrzewałam, była moja matka. Nie wiem, dlaczego tak z dnia na dzień zainteresowała się całą sytuacją, być może chodziło jedynie o pomoc Charliemu, którego Cullenowie zaczęli stopniowo wprowadzać w mityczny świat i który nie zawsze radził sobie z nim najlepiej, ale faktem pozostawało to, że kobieta stała się w moim nowym „domu” częstym gościem. Widziałam, że obecność wampirów nie odpowiadała jej szczególnie, w końcu przez całe życie wpajano jej niechęć do nich, ale maskowała się świetnie. Ja sama momentami miałam problemy z określeniem, co tak naprawdę sobie myśli. Nie interesowało mnie to mocno, dopóki nie poruszała tematu mojego powrotu do domu.
Renesmee rosła jak na drożdżach. Każdego poranka dopatrywałam się w jej wyglądzie ogromnych wręcz zmian. Wszyscy trzęśli się dookoła niej, dogadzali dziewczynce jak tylko mogli, Jacob zaś kompletnie zgłupiał, dosłownie nie opuszczając jej na krok. Można pokusić się o stwierdzenie, że również tutaj zamieszkał, nie chcąc spuścić oka ze swojej Nessie... Mała uczyła się błyskawicznie, zaskakiwała swoją bystrością, była powalająco grzeczna i słodka. I jej akurat nie potrafiłam znienawidzić, choćbym chciała. Ograniczałam nasze kontakty, za nic nie dawałam wciągnąć się w radosne rodzinne życie, ale sama przed sobą musiałam uczciwie przyznać, że przepadałam za tym dzieciakiem. Nigdy nie lubiłam bachorów, ale ona... tak, żywiła się samą krwią, co wywoływało we mnie mdłości, ale oprócz tego zdawała się idealna. Jak porcelanowa laleczka lub bohaterka nieco przerysowanej kreskówki.
Wszystko wokół było jak przerysowana kreskówka. Widziałam to, czułam wszystkimi zmysłami, ale nie potrafiłam się z tego wyrwać.
Dzień przełomu wyglądał właściwie jak wszystkie inne. Rano spadł pierwszy w tym roku śnieg, z którego wampirza rodzina postanowiła natychmiast skorzystać, organizując polowanie. Brzydziłam się ich praktykami, lecz co mogłam zrobić? Jako samozwańcza strażniczka nie mogłam ich opuścić. Owszem, szedł z nimi Jacob, o dziwo decydując się na przyobleczenie wilczej skóry, ale był tak wpatrzony w swoje wpojenie, że nie było z nim żadnego kontaktu. Seth również kręcił się gdzieś w pobliżu, ale miałam wrażenie, że bardziej interesuje go rodzinna scenka rodzajowa, niż pełnienie straży. Wszystko spoczęło na moich chuderlawych wilczych barkach. Sama się na to pisałam, a i tak miałam wrażenie, że ktoś robi mnie w przysłowiowego konia...
Zmieniłam zdanie gdy wyczułam obcy zapach.
Wszyscy robili co do nich należało, a ja trzymałam się na dystans, zataczając wokół nich szerokie koło. Czuwałam, obserwowałam, zwracałam uwagę na wszelkie nieprawidłowości, podczas gdy mała Renesmee i Jacob polowali na jelenie, przekomarzając się beztrosko. Bella patrzyła na nich ze ślepym uwielbieniem w oczach, nie interesując się niczym więcej, Seth coś tam robił, nie udostępniając zbyt wielu myśli, a ja truchtałam w kółko jak głupia, szukając zagrożenia, którego nigdzie nie było.
Na wyraźną zapachową ścieżkę natrafiłam zupełnym przypadkiem. Zboczyłam nieco z obranej trasy, bojąc się, że naprawdę zwymiotuję, jeśli jeszcze raz przebiegnę własnymi śladami, i wtedy w nosie zakręciło mnie od charakterystycznego słodkawego aromatu. Tak, to był kojarzący się nieco z trupem smród wampira, lecz wampira zupełnie obcego. Ktoś nas obserwował, choć nikt oprócz mnie nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy. Nawet Jake, choć natychmiast powinien zwrócić uwagę na moje myśli.
Zatrzymałam się, uniosłam czujnie łeb. Znajdowałam się dość blisko Belli, wampirzyca więc instynktownie wyczuła mój niepokój i sama zaczęła się bacznie rozglądać. Nie wiedziałam, czego powinnam wypatrywać, do momentu, aż samym kątem oka nie złowiłam subtelnego błysku...
Kobieta znajdowała się daleko, na niewielkiej skalnej grani, jasno odznaczając się na niemal czarnej ścianie lasu. Jej marmurowa, nienaturalnie blada skóra aż świeciła na tle ciemnych drzew, nawet mimo pochmurnej pogody skrząc się miliardem srebrzystych drobinek, jak obsypana brokatem. Prawie białe włosy opadały do linii podbródka, a złociste tęczówki utkwiły w nas...
Zaraz, złociste? O co tu, do diabła, chodziło?
Prawie wyszłam z siebie, gdy Jacob nagle zawył triumfalnie. Rozejrzałam się w panice, dopiero po dłuższej chwili zauważając, że dopadł po prostu wyjątkowo okazałego jelenia i nie widział świata poza nim. Jak najszybciej z powrotem skoncentrowałam wzrok na intruzie, nie chcąc go zgubić...
Wyraz twarzy wampirzycy zmienił się, gdy dostrzegła wielkiego brunatnego wilka. Skrzywiła się, jakby coś ją zabolało, cofnęła kilka kroków. Wrogość na jej twarzy na moment przysłonił ból. Kątem oka zauważyłam, jak Bella wykonuje jakiś gest – jak rozkłada ramiona bezradnym ruchem i uśmiecha się lekko, co pozwoliło mi zrozumieć, że musi wampirzycę znać – i już miałam nadzieję, że problem się rozwiąże, a kobieta wreszcie zbliży się do nas, gdy...
Piękną jak u porcelanowej lalki twarz wykrzywił wściekły grymas. Obca warknęła głucho, co słyszałam nawet z tej odległości, i nie czekając dłużej rzuciła się między drzewa, choć Bella wykonała ruch, jakby zamierzała ją zatrzymać.
Cholera! – wyrwało się jej.
Nie pozostawiając sobie czasu do namysłu, rzuciłam się biegiem w stronę, gdzie ostatni raz dostrzegłam przebłysk mlecznej wampirzej skóry.
Jacob zupełnie nie reagował na to, co działo się wokół i do czego przecież miał ciągły dostęp dzięki naszemu myślowemu kontaktowi. Jego oczami wciąż widziałam, jak przekomarza się z Renesmee o to, które z nich złapało większego jelenia, tak jakby to była w tamtej chwili najważniejsza rzecz na świecie. Owszem, spiął się, gdy zauważył kątem oka podbiegającą Bellę, ale ze sporym opóźnieniem załapał, że coś się stało. Na widok jej miny skulił się lekko i warknął odruchowo.
Co jest?! Co się stało?! – zawołał „w eter”, chyba dopiero wtedy zauważając chaos w mojej głowie.
To tylko moje przewrażliwienie. – Wampirzyca niespokojnie szukała czegoś po kieszeniach. – Myślę, że wszystko jest w porządku. Czekajcie.
Nie byłabym tego taka pewna – syknęłam.
Pędziłam na złamanie karku. Gdyby nie wspaniały refleks wilkołaka, pewnie już dawno uderzyłabym w drzewo – obrośnięte zbrązowiałym o tej porze roku mchem pnie migały z zawrotną prędkością po obu moich stronach, wręcz zlewając się w jednolitą ścianę, przez co nie opuszczało mnie wrażenie jakbym znalazła się w tunelu. Mocno odbijałam się od ziemi, starając się dać z siebie wszystko, lecz wyglądało na to, że trafiłam na biegacza równego sobie – choć ślad był świeży i aż wiercił w nosie swoim słodkawym zapachem, nigdzie nie widziałam blondyny.
Leah? Gdzie ty biegniesz, do cholery?! – Seth brzmiał tak, jakby właśnie obudził się z głębokiego snu.
Wartownik doskonały! – prychnęłam. – Mamy pijawkę na terenie, mały!
Że co? – Jacob warknął odruchowo. – Jak...?!
Nieważne jak! Ważne, że żaden z was jej nie zauważył, idioci! – Wykonałam karkołomny zwrot, w ostatniej chwili przeskakując nad pniem zwalonej sosny. – Nie, zostańcie tam! – zaprotestowałam, gdy Seth przymierzył się do ruszenia moim śladem.
Ale... – Niespokojnie spojrzał na wampirzycę. Bella właśnie szybko mówiła do telefonu:
Edward? Chodź tu szybko i weź ze sobą Carlisle'a. – Mówiła w takim tempie, że sama miałam problemy z rozróżnieniem poszczególnych słów. – Widziałam Irinę, a ona widziała mnie, ale potem zobaczyła Jacoba, wściekła się i wydaje mi się, że uciekła, a przynajmniej do nas nie podeszła, to znaczy jeszcze nie, ale wyglądała na porządnie zdenerwowaną, więc może się tu pojawi, a jeśli nie, to musicie z Carlisle'em dogonić ją i z nią porozmawiać. Tak strasznie mi głupio! Leah za nią pobiegła, ale to pewnie wszystko pogorszy...
Jak pogorszy? O czym ona mówi?! – wściekłam się.
Ma rację! – Głos Jacoba osadził mnie w miejscu. Wryłam w ziemię pazury wszystkich łap, niemal wywracając się od własnego impetu. – Nie jestem pewien, czy dobrze to zrozumiałem, ale opowiadali kiedyś coś takiego... Jeśli to faktycznie jest Irina... Wilkołaki zabiły kiedyś kogoś dla niej ważnego.
Czyli co? Jak się jej pokażę, to zranię jej uczucia, więc mam się wycofać? – Zaśmiałam się gorzko. – Chyba sobie ze mnie żarty robicie!
Lepiej wracaj. Przed tobą będzie uciekać...
Bo ja taka straszna jestem? – Powoli trafiał mnie szlag.
Leah, przestań! – Seth miał nas serdecznie dosyć. – Jake ma na myśli to, że prędzej zatrzyma się gdy zobaczy kogoś znajomego, nie?
Zgrzytnęłam zębami. W życiu bym tego na głos nie przyznała, ale coś tak czułam, że miał rację.
Miał rację... Tylko dlaczego jednocześnie nie opuszczało mnie przeczucie, że to nie jest sprawa wymagająca rozmowy i głaskania po główce? Dlaczego czułam tak, jakby miało wydarzyć się coś... strasznego?
Mam nadzieję, że wiecie, co robicie – wycedziłam, zawracając posłusznie.
To przyjaciółka Cullenów. Niby co złego może zrobić?
Przyjaciółka... ale niby ile warta jest przyjaźń, gdy w grę wchodzi złamane serce? Sama coś o tym wiem...
Dotarłam na miejsce jednocześnie z Carlisle'em i Edwardem, ale nie wynurzałam się spomiędzy drzew. Obserwowałam z boku, jak zdenerwowana Bella mówi:
Stała na tamtej grani. – Bladą dłonią wskazała odpowiedni kierunek, celując ponad moim grzbietem. – Może powinniście zadzwonić po Emmeta i Jaspera i wyruszyć za nią w czwórkę? Wyglądała... na naprawdę rozgniewaną. Warknęła na mnie.
Co takiego? – oburzył się Edward.
Jest w żałobie. – Carlisle zatrzymał w miejscu zdenerwowanego syna. – Sam za nią pójdę.
Idę z tobą! – zaprotestował rudy. Zmierzyli się wzrokiem; żaden nie chciał ustąpić.
Widzicie? Oni tylko marnują czas! A jeśli coś się stanie?! Skąd wiecie, jakie ona miała zamiary?! – Coraz mocniej żałowałam, że dałam się tak po prostu zawrócić.
Leah, ta kobieta jest praktycznie ich rodziną. Nic złego nie może się stać! – Jacob spojrzał na mnie z politowaniem, ale sądząc po barwie myśli, nie był wcale tak pewny swego, na jakiego chciał pozować.
I co z tego, że jest rodziną? Zrozpaczone kobiety robią czasem naprawdę głupie rzeczy...
Oba wampiry wreszcie pomknęły w las, zostawiając nas samych. Przez chwilę chciałam iść za nimi – obróciłam się nawet i zrobiłam kilka kroków – lecz zniecierpliwione fuknięcie Jacoba sprawiło, że zatrzymałam się, wściekle kładąc uszy na łbie.
Leah, zostań!
Na co jestem ci tu potrzebna, panie alfo? Im się bardziej przydam!
Odprowadźmy je do domu. – Nosem wskazał na Bellę i Renesmee, z zaciekawieniem wodzącą wzrokiem dookoła. Mała chyba nie do końca rozumiała, co takiego się działo.
Poradziłbyś sobie doskonale z Sethem – burknęłam. Niestety na rozkaz alfy nie było mocnych.
Przez całą drogę powrotną, podczas której wraz z bratem osłaniałam tyły, nie opuszczało mnie wrażenie, że ten moment, w którym dałam się tak po prostu zawrócić, był największym błędem w moim życiu. Sama nie wiedziałam, skąd to się wzięło, ale wyczuwałam jakimś dodatkowym zmysłem, że mój brak stanowczości będzie mieć niewyobrażalnie poważne konsekwencje. I to szybciej, niż wszystkim nam mogło się zdawać...

środa, 4 lipca 2018

Rozdział 13


Miałam wrażenie, jakby w moim ciele siedziały dwie zupełnie różne osoby.
Pierwsza Leah była dobra. Ona przejmowała się wszystkim – martwiła się o brata, chciała dobrze wypaść przed rodziną, do której niejako się wprosiła, była smutna i niezrozumiana, ale z całych sił próbowała z tym walczyć – usiłowała wyjść na przysłowiową prostą, zacząć wreszcie żyć. I ona przede wszystkim żałowała tego, jak potraktowała Bellę. Owszem, nie widziała niczego złego w strachu o rodzinę – przecież to oczywiste! – ale jednocześnie źle było jej z tym, jak rzuciła się na młodą wampirzycę. Wiedziała, że Bella przecież też była zagubiona, też nie oswoiła się jeszcze ze wszystkim, mogła nawet w każdej chwili przestać kontrolować siebie samą! I ta Leah zamierzała wampirzycę przeprosić.
Tylko że była też druga Leah. Sucha, sarkastyczna, zapatrzona we własne cierpienie, nienawidząca świata. I ona wiedziała, że gdyby tylko mogła cofnąć się w czasie, niczego by dzisiaj nie zmieniła. Bo pijawce się należało, i to od dawna!
I ta druga Leah stopniowo wygrywała.
Sama nie wiem, czym to było spowodowane – może to jakiś rodzaj szoku? Grunt, że ludzkie odruchy, jakie opanowały mnie na parę minut, odpływały ode mnie coraz dalej, zagłuszane przez kolejną falę złości. Za co ja mam ją przepraszać?! Prawie zabiła mi brata, do cholery! Jeśli oni widzą coś złego w mojej reakcji, to chyba z nimi jest coś nie tak!
No i deliberowałam sama ze sobą, nieubłaganie zbliżając się do posiadłości Cullenów i z każdym kolejnym krokiem mając mocniejsze wrażenie, że już kompletnie nie wiem, co powinnam ze sobą zrobić. Z jednej strony chciałam, żeby wszystko było w porządku – nie uśmiechało mi się mieszkanie ze złymi na mnie wampirami, nie cierpiałam dusznej atmosfery, jaka panuje, gdy domownicy nie mogą znieść się nawzajem – ale z drugiej miałam ochotę jeszcze raz wsmarować pijawkę w glebę. Tylko tym razem na dobre.
No, w sumie która moja opcja by nie przeważała, i tak pragnęłam zrobić coś raczej dla własnej satysfakcji, niż dobra ogółu. Tylko ciekawe, co ja powiem Alice? Jakoś się chyba nastawiła, że zrobi ze mnie miłego szczeniaczka, i teraz pewnie ciężko będzie wybić jej to z głowy. A na to, że zapomni, nie ma raczej co liczyć. Jedyna moja nadzieja w tym, że nie weźmie sprawy w swoje ręce, tylko zostawi wszystko mi.
I jeszcze te całe urodziny... No nie powiem, żebym miała jakąś szczególną ochotę na adorowanie kogoś, kogo przed momentem mało nie zabiłam, ale chyba się z tego nie wykręcę.
Dotarłam do domu chwilę przed wampirami. Zamiast skierować się do drzwi, przed którymi zostawiłam złożone ubrania, na moment jeszcze zajrzałam do salonu przez przeszkloną ścianę. Seth nadal spał na kanapie, a Bella i Edward przytulali się, zachwycając malutką dziewczynką. Dziecko już spało, wykończone nadmiarem wrażeń, lecz jego rodzice nie wyglądali na takich, co by zamierzali respektować jego ciszę nocną.
Patrząc na nich, poczułam coś dziwnego. Zakłuło mnie w okolicy serca, oddech urwał mi się na moment, gdy w jednej chwili uświadomiłam sobie, że nigdy czegoś takiego nie doświadczę. Szczęśliwa miłość? Wspaniały mężczyzna, będący ucieleśnieniem wszelkich moich skrytych marzeń? Związek po kres wieczności, którego samo istnienie sprawi, że będę każdego ranka budzić się z uśmiechem? Doskonale wiem, że to nie dla mnie. Nie, nie mam pojęcia, skąd to wrażenie, ale... ja po prostu czuję, że to nie dla mnie. W końcu ktoś musi cierpieć, żeby inni byli szczęśliwi... Ta świadomość jest przerażająca. Nie smutna, nie przykra, nie przyprawiająca o płacz, tylko właśnie przerażająca.
Straciłam faceta, którego kochałam nad życie. Nie wiem, co było ze mną nie tak, ale coś musiało, skoro wpoił sobie Emily, nie mnie. Gdyby było ze mną wszystko w porządku, padłoby na mnie, prawda? A nie na moją kuzynkę... Straciłam też ojca. Ba, że straciłam – ja go zabiłam! To przeze mnie jego serce nie wytrzymało! Straciłam nawet szanse na przyjaźń – choć po cichu miałam nadzieję, że chłopaki ze sfory przyjmą mnie jak swoją, czekało mnie oczywiste rozczarowanie. Zawsze byłam dla nich intruzem, kimś, kogo przy sobie nie chcieli, lecz mieli za dużo taktu, by powiedzieć o tym wprost. Problem w tym, że siedząc im nieustannie w głowach, takie rzeczy się po prostu wie, nikt nie musi przedstawiać sprawy dosłownie. Skoro nawet oni traktowali mnie jak zbędną, to gdzie tak naprawdę przynależę?
Zacisnęłam zęby, potrząsnęłam łbem, próbując odegnać myśli. Co mi z tego, że będę to roztrząsać? Jest, i tyle. Im więcej będę się nad tym zastanawiać, tym mocniej będzie bolało to, że nie jestem w stanie nic zrobić.
Przemieniłam się w człowieka i przebrałam szybko, choć miałam wrażenie, że zrzucenie wilczej skóry jest jak odsłanianie się. W jednej chwili stałam się zupełnie bezbronna, podczas gdy świat wokół tylko czekał, by rzucić mnie w szpony kolejnego koszmaru... Zaczekałam na wampiry, które po kilku chwilach wynurzyły się spomiędzy drzew. Wszyscy byli szczęśliwi – zwłaszcza Alice, która przeskoczyła rzekę, na moment chwytając się gałęzi jednego z drzew i bujając się na niej ze śmiechem. Emmet przebiegł w bród przez wodę, rozchlapując jej tak, że mało brakło, a nawet z tej odległości by mnie zmoczył. Odsunęłam się z drogi, pozwalając, by ciemnowłosa wampirzyca jako pierwsza wpadła do domu, aż rozmywając się w powietrzu. Wywróciwszy oczami, wsunęłam się do środka na samym końcu, mając nadzieję, że jakoś uda mi się przemknąć niezauważoną do swojego pokoju, ale Esme musiała wyczuć, co chodziło mi po głowie – w ostatnim momencie złapała mnie stanowczo za ramię i przyciągnęła bliżej do siebie, niemal wciągając do wypełnionego gwarem pomieszczenia. Zgrzytnęłam zębami i postanowiłam jakoś się dostosować.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! – darła się właśnie jej przybrana córka, wcisnąwszy w dłonie zaskoczonej Belli niepozorny kluczyk, owinięty wprost gigantyczną kokardą.
Bella wywróciła tylko oczami, westchnęła ciężko i mruknęła:
Pierwsze urodziny ma się dopiero w rok po swoich narodzinach, a nie w dniu przemiany.
Bello, to nie dlatego, że są twoje pierwsze wampirze urodziny. Dziś trzynasty września! Kończysz dziewiętnaście lat!
Na chwilę zapadła idealna cisza.
O nie! Nie ma mowy! – ryknęła solenizantka, cofając się kilka kroków. Natknęła się plecami na Edwarda i spojrzała na niego z przerażeniem. – Nie, to już się nie liczy. Przestałam się starzeć trzy dni temu. Już zawsze będę mieć osiemnaście lat...
A gadaj sobie, co chcesz – przerwała jej Alice. – Obchodzimy te urodziny tak czy siak, więc lepiej się z tym pogódź. Gotowa na otwieranie prezentu?
Prezentów – poprawił ją Edward. Przy okazji wyciągnął z kieszeni kluczyk, lecz różniący się od poprzedniego – wyglądał jak samochodowy.
Bella westchnęła tylko ciężko, jakby coś ją bolało. Za nic nie mogłam jej zrozumieć – z tym lękiem przed znalezieniem się w centrum zainteresowania, niechęcią do otrzymywania prezentów... Zawsze uważałam, że Panna Nijaka jest jakimś innym gatunkiem, ale widziałam to z pełną mocą w podobnych sytuacjach. Co jest złego w urodzinach i tym, że wszyscy chcą sprawić ci przyjemność? Ja tam zawsze myślałam, że to całkiem przyjemne? Jak można nie cieszyć się z otrzymania na urodziny samochodu?! Kurde no, ja tam oszalałabym z radości, jakby komuś zależało na mnie na tyle, by mi kartkę wypisać...
Patrzyłam na podekscytowane towarzystwo – na uśmiechniętych od ucha do ucha Carlisle'a i Esme, na Alice i Edwarda, kłócących się o to, który z prezentów zostanie „odpakowany” w pierwszej kolejności, na nieco zdegustowaną ich zachowaniem Bellę... i jednocześnie narastało we mnie coś dziwnego. Doskonale wiedziałam, co to takiego, lecz bałam się to nazwać.
To do dzieła! – zakomenderowała Alice, gdy już wygrała idiotyczny spór. – Bello, daj Ness... Renesmee Rosalie.
Prawie ryknęłam śmiechem, gdy się przejęzyczyła.
Gdzie zwykle sypia? – dopytywała czuła mamusia, nie zwracając uwagi na to, jak się zakrztusiłam.
Na rękach u Rosalie. Albo Jacoba. Albo Esme. Tak to, widzisz, wygląda. Non stop ktoś ją nosi. Będzie najbardziej rozpieszczonym półwampirzątkiem na świecie.
Będzie też najmniej rozpieszczonym półwampirzątkiem na świecie. To właśnie jest piękne w byciu jedyną w swoim rodzaju. – Rosalie z uwielbieniem na twarzy przejęła dziewczynkę.
Chodźmy już, chodźmy! – Bella niemalże została wyciągnięta z salonu.
To coś jest na dworze? – Solenizantka wyglądała na coraz bardziej zdezorientowaną.
Tak jakby...
Mam nadzieję, że ci się spodoba – zawołała blondi. – Jest od nas wszystkich, a zwłaszcza od Esme.
To nie idziecie z nami? – Dopiero teraz zauważyła, że do wyjścia szykują się tylko ona, jej mąż i Alice.
Chcemy, żebyś miała szansę nacieszyć się nim najpierw w samotności. Ale jeśli będziesz chciała, opowiesz nam później, jak było. – Uśmiechnęła się porozumiewawczo do Emmeta.
Zerknęłam jeszcze na zalegających na kanapie Jacoba i Setha. Nie obudzili się nawet na moment przy takim zamieszaniu, wyglądało więc na to, że nie ma co liczyć na to, że jeszcze dzisiaj wstaną. Wyglądali na zadowolonych i całkowicie rozluźnionych, więc nie przejmując się nimi dłużej, ruszyłam za wampirami, wymykając się na zewnątrz w ostatnim momencie, zanim drzwi zdążyły trzasnąć.
Z początku zamierzałam tylko odprowadzić ich wzrokiem. Stanęłam na werandzie, schroniłam się w większej plamie mroku i patrzyłam, jak znikają między drzewami, rozmawiając z podekscytowaniem. Po chwili wahania jednak szybko zrzuciłam sukienkę i zwinnie stopiłam się z plamą mroku. Między starymi drzewami było tak ciemno, że nawet z jasnym futrem zdołałam stopić się z cieniami w jedno. Truchtałam w niewielkim oddaleniu od wampirów, tak, by nie zwróciły na mnie uwagi, ale jednocześnie bym mogła wszystko słyszeć.
Tylko po co? Czułam się od tego jeszcze gorzej.
Co ty wyprawiasz? – wściekała się Bella, usiłując odgonić Alice, która zaszła ją od tyłu i zakryła jej oczy.
Upewniam się, że nie będziesz podglądać – oznajmiła, wskakując bratowej na plecy. Tamta nawet się nie zachwiała.
Sam mogłem o to zadbać, bez tego cyrku z braniem cię na barana burknął Edward.
Mógłbyś pozwolić jej oszukiwać. Weź ją za rękę i zaprowadź, wiesz gdzie.
Alice...
Nie kłopocz się, Bello. I tak zrobimy to po mojemu.
Edward pociągnął lekko żonę.
Jeszcze tylko kilka minut. Potem znajdzie sobie następne ofiary.
Mógłbyś być nieco bardziej wdzięczny, wiesz? To poniekąd prezent dla was obojga.
Prawda. Więc jeszcze raz bardzo ci dziękuję.
Niech ci będzie.
Gdy zatrzymali się na skraju polany, bezszelestnie zbliżyłam się jeszcze trochę, by mieć lepszy widok. W powietrzu czułam wiele różnych intrygujących zapachów – róże, wiciokrzew, świeżo zaimpregnowane drewno, pachnący sosną dym, rozgrzany kamień. Razem tworzyły oszałamiającą mieszankę, której za nic nie potrafiłam zinterpretować, co tylko podłechtało moją chorobliwą ciekawość.
Obróć ją troszeczkę bardziej w prawo – komenderowała Alice. – O tak. Świetnie. Gotowa?
Gotowa.
Bella nabrała gwałtownie powietrza, zszokowana, mocniej zaciskając palce na trzymanym kluczu. Nie mogąc wytrzymać, wysunęłam się z zapewniających schronienie krzaków, wstępując w pustą przestrzeń, oświetloną słabym blaskiem gwiazd i wąskiego sierpa księżyca.
Prezentem niespodzianką okazał się dom. Nieduży, kamienny, porośnięty wiciokrzewem, kryty drewnianym gontem i ogólnie tak staroświecki i swojski, że niemal czułam bijące od niego ciepło. Coś takiego musiało mieć własną aurę, duszę, dzięki której każdy mógł czuć się tam jak u siebie. Wszystko wyglądało tak bajkowo i nierzeczywiście, że nie sposób było uwierzyć, by jakiekolwiek problemy miały wstęp za ciężkie drewniane drzwi, wykończonych łukiem.
Wzruszyłam się, a owijający ciasno moje serce jadowity wąż poruszył się niespokojnie.
I jak, co o nim myślisz? – Nawet Alice zdawała się ulec baśniowej atmosferze i uspokoić.
Esme pomyślała sobie, że pewnie ucieszylibyśmy się, mogąc mieszkać tylko we troje – wyjaśnił Edward – ale nie chciała też, żeby dzieliła nas od nich jakaś wielka odległość. Poza tym, każda wymówka jest dla niej dobra, żeby móc odrestaurować kolejny budynek. Ten domek stał w ruinie przez co najmniej sto lat.
Obserwowałam, słuchałam... czułam.
I z każdą chwilą czułam mocniejszą pewność, że to narastające we mnie uczucie, którego tak nie chciałam nazwać, to nienawiść. Prosta, czysta, pierwotna, wyniszczająca...

piątek, 18 maja 2018

Rozdział 12


W jednej chwili stało się tyle rzeczy, że postronnemu obserwatorowi z pewnością zakręciłoby się w głowie.
Bella nagle zupełnie się zmieniła. W jej krwistoczerwonych oczach błysnęła wściekłość, mięśnie napięła do granic wytrzymałości. Owszem, niby spodziewałam się tego w każdym momencie, ale... zdezorientowało mnie to. Bo nie wyglądała jak ogarnięta szałem nowo narodzona. Ona była wściekła, ale... nadal myślała. Pewnie dlatego właśnie nie zareagowałam odpowiednio szybko.
Wampirzyca jednym susem rzuciła się Jacobowi do gardła. Edward coś krzyknął, ruszył za nią, lecz zanim zdążył ją pochwycić, z głośnym hukiem zderzyła się z miękkim ciałem...
Tylko że to miękkie ciało nie należało do Jacoba. Tak to pewnie powściekałabym się, poprzeklinała, nawarczała na każdego po kolei... Nie! Ten kretyn Seth postanowił zasłonić nowego Alfę swoim ciałem.
Bezwolnie patrzyłam, jak piaskowy wilk ze skowytem uderza w pobliskie drzewo i zamiera na ziemi. Czułam się jak sparaliżowana, jakby całe moje ciało, łącznie z myślami, wpadło w dziwne, niemożliwe do zwalczenia zawieszenie. Przerażająca cisza, jaka po tym zapadła, prawie złamała moje ledwo co uleczone serce na pół.
Boże, żeby on się poruszył. Żeby chociaż zaskamlał. Błagam, niech on...
Uświadomienie sobie tego, co właśnie mogło się stać, zajęło mi dużo czasu, ale gdy już wszystko zrozumiałam, decyzję podjęłam w ciągu sekundy.
Tak, widziałam, co nowo narodzony wampir może zrobić z wilkołakiem. Widziałam, co Bella przed chwilą zrobiła mojemu bratu. Ale guzik mnie obchodziło, co stanie się ze mną. Ja chciałam zabić.
Z dzikim rykiem skoczyłam w jej stronę, już szykując się do zaciśnięcia zębów na twardym, wampirzym gardle. Odbiłam się od ziemi najmocniej, jak potrafiłam, zostawiając w niej bruzdy po pazurach. Przeszybowałam kilka metrów w powietrzu, by wreszcie dosłownie staranować dziewczynę, popchnąć na ziemię, oprzeć się na niej całym ciężarem i...
Poczułam, że ktoś łapie mnie od tyłu. Zaskowyczałam, szarpnęłam się wściekle, spróbowałam okręcić i odgryźć przeszkadzającą rękę, lecz kolejny silny chwyt unieruchomił mi szyję. Jacob i Edward odciągnęli mnie wspólnie i wcisnęli w przydługą trawę, choć robiłam dosłownie wszystko, by się oswobodzić. Niestety obaj wiedzieli, jak dobrze mnie złapać – choć pod postacią gigantycznego wilka, nie miałam z nimi najmniejszych szans.
Leah!
Leah, uspokój się! – krzyczał Sam. – Przestań!
No cóż. Wtedy na dobre przekonałam się, że nie należę do żadnej sfory – rozkaz Alfy, przydający dziwnego pogłosu każdemu jego słowu, wcale na mnie nie działał. Miałam go tak bardzo gdzieś, że mocniej się już chyba nie dało. Jeszcze raz spięłam się maksymalnie, odepchnęłam tylnymi łapami, niemalże przekręciłam na grzbiet, i kłapnęłam szczękami kilka centymetrów od twarzy Edwarda. Gdyby tylko mocniej się pochylił...
Leah, już dobrze!
Zamarłam, dosłownie jakby ktoś wyłączył mnie jakimś przyciskiem. Ten głos... Z trudem spojrzałam za siebie, gdzie Seth podnosił się z ziemi. Czułam w jego myślach, że coś go boli, widziałam, że nie jest do końca w porządku – nie był w stanie oprzeć ciężaru ciała na łapie – ale... żył. I tylko to się dla mnie liczyło.
Uścisk Jacoba zelżał, więc korzystając z okazji poderwałam się i doskoczyłam do brata.
Nic ci nie jest? Gdzie cię boli? Co ci zrobiła? – zadawałam pytania z prędkością światła, ze strachem oglądając go z każdej strony. Drżałam tak mocno, że zaczynałam się bać, czy przypadkiem nie przemienię się niechcący w człowieka na oczach wszystkich.
Spokojnie, żyję, nie histeryzuj tak! – Wywrócił oczami, ale aż pisnął, gdy dotknęłam nosem dziwnie wklęsłego boku. – Auć!
Aż mi się słabo zrobiło.
Żyjesz? A to co niby jest?! Co ja matce powiem?! – Miałam wrażenie, że przestaję logicznie myśleć.
Seth...
Drgnęłam i jednym skokiem wysunęłam się przed brata, gdy tylko usłyszałam Bellę. To, że w jej głosie pobrzmiewała nutka paniki i całkiem sporo troski, nie obchodziło mnie ani odrobinę. Wyszczerzyłam kły na znak, że nie zamierzam pozwolić jej się zbliżyć.
Zignorowała mnie. No aż się zapowietrzyłam.
Seth, Boże, tak mi przykro! – Prawie załamała ręce. – Ja... Ja nie chciałam, naprawdę! Chyba po prostu... nie przypuszczałam, że mam tyle siły...
Nic się przecież nie stało, rozumiem – odparł beztrosko Seth. – Przecież nie miałaś na to wpływu. Ja też bym się na twoim miejscu wkurzył.
Podczas gdy Edward tłumaczył jego myśli żonie, ja obejrzałam się na wilka morderczo.
Jak to nic się nie stało?! Ona mogła cię zabić, idioto!
Mogła zrobić krzywdę Jake'owi... – zaczął, ale nie zamierzałam słuchać jego wytłumaczeń.
Istnieje coś takiego, jak instynkt samozachowawczy – wycedziłam. – Jego też czasami posłuchaj! Nie jesteś prawdziwym wilkiem, do cholery! Jacob i tak by sobie poradził!
Odrobinę zdziwiło mnie to, że pochylił się lekko i przytulił uszy do czaszki, ale nie dałam niczego po sobie poznać.
Seth, Leah, przestańcie wreszcie! – wycedził Sam.
A ty nadal tu jesteś?! – warknęłam.
Na chwilę zaniemówił.
Leah, posłuchaj – odezwał się zdecydowanie spokojniejszym tonem. – To był moment. Gdyby Seth miał choć chwilę więcej na zastanowienie, z pewnością nie zrobiłby czegoś tak głupiego...
Ja tam mam wątpliwości – burknęłam, posyłając kulącemu się wilkowi mordercze spojrzenie.
Fakt, pewnie też chciałbym Jake'a chronić. Przecież od tego tu byłem, nie? – pisnął.
Martwy na nic mu się nie przydasz!
Leah, sama nie zachowałaś się najrozsądniej – przypomniał Alfa. – Ten atak – co to niby było? Dlaczego się na nią rzuciłaś?! A jakbyście sobie zrobiły krzywdę?!
Myślałam, że on nie żyje!
Zapadła cisza. Od pozostałych wilków wyczułam coś na kształt skruchy, Seth zaś spojrzał na mnie nieco... przychylniej.
Poważnie? Aż tak się o mnie martwisz?
Noż kurna, czemu was to tak dziwi?! Jesteś moim bratem, nie?!
Choć nikt nie sprecyzował myśli, ich barwa podziałała lepiej, niż jakiekolwiek słowa. Nabrałam gwałtownie powietrza, cofnęłam się kilka kroków, jakby ktoś mnie uderzył. Choć patrzyłam w pustkę, nie potrafiłam zamknąć oczu.
Bo oni chyba faktycznie mieli mnie za bezduszną sukę. Za kogoś, kto dla własnej satysfakcji potrafił zniszczyć czyjeś życie, jeśli tylko mógł mieć dzięki temu gwarancję, że będzie mu przyjemniej. Za kogoś tak skupionego na sobie, że niedostrzegającego niczego oprócz własnego cierpienia... Nie powiem, zabolało. Tak jest, ja sama starałam się pozować na kogoś nieposiadającego uczuć, tylko że... jak rany, przecież oni siedzieli mi w głowie. Powinni wiedzieć równie dobrze, jak ja sama, jak jest w rzeczywistości. A tu...
Po prostu zaniemówiłam. Ten krótki moment, gdy przez moją głowę przeleciało kilka szczerych wilczych myśli, był dla mnie jak cios prosto w żołądek. Miałam ochotę zacząć skamleć, zwinąć się w kłębek i schronić w najbliższej dziurze, z której mogłabym nie wypełzać do końca świata.
Czy naprawdę byłam tak beznadziejna, że nikt nie potrafił mnie pokochać? Ba! Bym ja sama nie umiała obdarzyć kogoś mocniejszym uczuciem?
Ale przecież kochałam! Kochałam rodziców, kochałam Setha, kochałam Sama... Ale czy ja cokolwiek dla nich znaczyłam?
Co tu się stało? – Carlisle, który jakiś czas wcześniej wyszedł z domu, wreszcie odzyskał głos. Jednym spojrzeniem obrzucił kulącego się Setha, przerażoną Bellę i Jacoba, który jeszcze nie podniósł się z ziemi po szarpaninie ze mną, i błyskawicznie wyciągnął wnioski. – Seth, przemień się. Ktoś powinien cię obejrzeć.
Piaskowy wilk skinął pokornie łbem i mocno utykając, zniknął w krzakach.
Obserwowałam to wszystko tak, jakby jednocześnie mnie tam nie było.
Leah, posłuchaj... – odezwało się gdzieś w mojej głowie. Nie chciałam nawet wiedzieć, który z nich raczył się wytłumaczyć – warknęłam tylko i natychmiast spróbowałam schronić swoje myśli za murem. Miałam wrażenie, że przez tych kilka dni, gdy nie był mi potrzebny, zdążył osłabnąć na tyle, że nikt nie będzie miał problemu ze sforsowaniem go.
Seth wyszedł wreszcie z krzaków, tuląc do boku bezwładną prawą rękę. Wraz z wampirami zniknął w domu, wcześniej jeszcze pytając mnie spojrzeniem, czy nie chcę iść z nimi. Nie chciałam. Istniało zbyt duże ryzyko, że kogoś przy tym zamorduję. Poza tym... odkąd tylko Bella obudziła się w swojej nowej, nadludzkiej rzeczywistości, czułam się tam po prostu jak intruz. Alice i Esme z całych sił próbowały przekonać mnie, że przecież nic się nie zmieniło, że nadal jestem członkiem rodziny, że zawsze będę u nich mile widziana, ale nie mogłam się do tego przekonać. Zwłaszcza teraz. Nie dość, że Bella i tak mnie nie lubiła, to jeszcze teraz, gdy o mało co nie zdekapitowałam jej już pierwszego dnia wiecznego życia... No, to chyba po prostu było niewskazane. Wściekłość nie opuściła mnie jeszcze na dobre, opanowując całe ciało serią ognistych dreszczy. Mając nadzieję, że dzięki temu przestanę zwracać na nie uwagę, podbiegłam do okna salonu, przez które miałam nadzieję widzieć, co dzieje się z bratem.
Syknęłam, gdy zapatrzona we wnętrze, nie zauważyłam strumienia i wlazłam w niego z całym impetem. Jeszcze tylko lodowatej wody mi brakowało.
Carlisle posadził Setha na kanapie, szybko przyniósł wszystkie potrzebne rzeczy i zajął się opatrywaniem prawego barku chłopaka. Musiałam przyznać, że w ludzkim ciele jego obrażenia mniej rzucały się w oczy – może zgruchotana kość jakoś przesunęła się podczas przemiany... Nie wnikałam. Na samą myśl o nastawianiu złamania robiło mi się słabo.
Bella przycupnęła obok poszkodowanego, z nerwów zupełnie nie wiedząc, co powinna zrobić z dłońmi. Gołym okiem widać było, że czuje się po prostu koszmarnie – wyrzuty sumienia zżerały ją tak, że niemal słyszałam gromkie chrupanie.
Dobra, chyba nie powinnam...
Ech, może i nie powinnam, ale nie obraziłabym się, gdyby to chrupanie mogły powodować moje kły.
Nowo upieczona wampirzyca przygryzła wargi bardzo ludzkim ruchem i odezwała się słabo:
Seth, nie...
Bella, nie przejmuj się tym tyle – przerwał jej. Poważnie, to był kolejny z tych momentów, gdy zastanawiałam się nad jego zdrowiem psychicznym – opatrywanie połamanych kości widocznie jawiło się dla niego jako świetna przygoda. I on jest ze mną spokrewniony? – Naprawdę, nic takiego się nie stało – zapewniał, szczerząc się idiotycznie.
Do tego wszystkiego włączył się jeszcze ryży:
Bello, skarbie, nikt nie ma ci tego za złe. I tak bardzo dobrze sobie radzisz.
Zaraz rzygnę tęczą – burknęło coś w moich myślach.
Ciekawa jestem, czy w końcu dopuszczą ją do słowa – mruknęłam, zapominając, że miałam być na chłopaków zła. – Jak na razie ciągle jej przerywają.
Skupiłam się na Edwardzie. Jak na złość, ciągle miałam wrażenie, że ta ruda pijawka nie wygląda na zmartwioną – o nie! On chyba ledwo powstrzymywał się od śmiechu!
Co cię tak bawi, ty ryży bałwanie, co? A jakby tak tobie ktoś parę kosteczek poprzestawiał?
Seth skrzywił się, gdy Carlisle mocniej nacisnął na jego bark.
Przepraszam, przepraszam! – jęknęła Bella.
Bella, luzik! – Mój niedorobiony brat poklepał swojego niedoszłego kata po kolanku. Jednocześnie Edward przylepił się do wampirzycy z drugiej strony, głaszcząc uspokajająco po ramieniu.
A mnie kto pogłaszcze? – sarknęłam w myślach. – Też bym chciała!
Embry nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Tymczasem Seth kontynuował swoją tyradę chorego psychicznie.
Za pół godzinki będę zdrów jak ryba! Miałaś prawo się zdenerwować, gdy usłyszałaś o Jake'u i Ness... – W ostatnim momencie ugryzł się w język i szybciutko zmienił temat: – To znaczy, nawet go nie ugryzłaś ani nic. To by dopiero było.
Niektórym by się należało.
Jestem okropna... – Ukryła twarz w dłoniach.
Skądże znowu. Powinienem był... – zaczął Edward.
Daj spokój – ucięła stanowczo.
Przez chwilę panowała cisza. Przerwał ją dopiero Seth, wyraźnie zamierzając w pełni wykorzystać okazję do obgadania wszystkiego ze swoimi kochanymi pijaweczkami.
Dobrze, że Ness... Renesmee nie ma w ślinie żadnego trującego jadu, skoro w kółko Jake'a podgryza.
Podgryza go? – Wampirzyca spojrzała na niego z niedowierzaniem.
Non stop. Jeśli tylko on albo Rose dostatecznie szybko nie podsuwają jej czegoś do jedzenia, a raczej do picia. Rose uważa, że to strasznie zabawne.
Też tak uważam, ale postarałam się zignorować ciążące mi już od jakiegoś czasu poczucie, że wredna Barbie jest do mnie naprawdę podobna.
No cóż, Seth – odezwał się Carlisle, prostując się i odsuwając od rannego. – Myślę, że na razie to wszystko, co mogę dla ciebie zrobić. Postaraj się teraz nie ruszać przez, hm, pewnie kilka godzin. Ach! – roześmiał się. – Żeby leczenie ludzi przynosiło równie szybko takie wspaniałe rezultaty! – Seth już okręcał się, żeby odpowiedzieć, więc położył mu dłoń na głowie, by go powstrzymać. – Żadnego wiercenia się!
Chyba da się tak wysiedzieć – uznał Seth i jak na zawołanie ziewnął potężnie. Poprawił się na kanapie, jakby zamierzał natychmiast skorzystać z okazji i oddać się regenerującej drzemce.
A co z Leą? – dopytał lekarz. – Czy coś jej się...
Poradzi sobie – zbagatelizował Edward.
Dzięki, bałwanie – warknęłam, mając nadzieję, że usłyszy.
Bella chwilę przyglądała się śpiącemu wilkołakowi, wreszcie wstała ostrożnie i wraz z mężem podsunęła się do przeszklonej ściany. Gdy jej krwistoczerwone spojrzenie spoczęło na moment na mnie, wyszczerzyłam zębiska w potwornym grymasie, mając nadzieję, że wystarczająco jasno wyraziłam to, co najchętniej bym z nią zrobiła.
Oj, coś mam takie wrażenie, że będę dzisiaj spać na dworze.
Potrząsnęłam stanowczo łbem, próbując jakoś wyrwać się niewesołym myślom. Było mi obrzydliwie mokro i potwornie zimno. Gdzie ta moja słynna odporność na niskie temperatury? No cóż, podczas gdy reszta sfory nie widziała żadnego problemu w paradowaniu w samych szortach, ja wciąż rozglądałam się za ciepłym kocem. Co to było, jeśli nie kolejny przykład na to, że jestem inna niż wszyscy?
Jakoś nie potrafiłam nazwać tego wyjątkowością.
Odsunęłam się od okna, weszłam trochę głębiej w las, wiedząc, że minie jeszcze sporo czasu, zanim będę mogła bezpiecznie spróbować wrócić do swojego pokoju. Teraz wszystkich czekało mrożące krew w żyłach zapoznanie mamusi z ciepłokrwistą pociechą. Możliwości były dwie: albo Bella zwyczajnie dzieciaka zeżre, dzięki czemu skończyłaby się większość moich kłopotów, albo zwieńczy się to wzruszającą scenką wzajemnej miłości, jakich w ciągu tego dnia widziałam już wystarczająco dużo. Cokolwiek by to nie było, wolałam zająć się czymś innym.
Skupiłam się dokładnie na tym, co byłoby moją rolą jeszcze kilka dni temu – odnalazłam wydeptaną w leśnej ściółce ścieżkę, wciąż przesiąkniętą wilczym zapachem, wkroczyłam na nią bez żadnych obaw i zajęłam się patrolowaniem swojego nowego terytorium. Moje ciało bez żadnego trudu odnalazło znajomy rytm, umysł automatycznie przystosował się do wnikliwszego oglądania otoczenia. Teraz byłam tylko ja i miejsca, które należało sprawdzić, by zapewnić innym bezpieczeństwo. Od tego byłam. To było moim zadaniem. Tak było dobrze.
Z każdą chwilą coraz mocniej przekonywałam się do tego, by za jakiś czas jednak wybrać się do domu i Bellę przeprosić. Właściwie to chyba faktycznie nie miałam czym się przejmować – byłam przygotowana na to, że jako nowo narodzona może wpaść w szał z byle powodu, a sytuacja z Sethem przecież nie była jej winą, skoro sam jej się podłożył. W dodatku wszystko w gruncie rzeczy dobrze się skończyło. Tak, ja też mogłam się przestraszyć, ale to chyba tym bardziej powinno nakłonić mnie do próby rozmowy? Ona też się tym przejmowała, prawda?
Gdy tak próbowałam przekonać samą siebie, mało brakło, a bym w kogoś wlazła. Moja przyszłość wampirzej strażniczki chyba wcale nie rysowała się w takich barwach, jakich mogłabym sobie życzyć – chwila rozproszenia, i co? Na szczęście to była tylko roześmiana, niemal podrygująca w miejscu Alice...
Zaraz.
Dobrze, że jesteś! – O ile to w ogóle możliwe, na mój widok ucieszyła się jeszcze bardziej. – Chodź szybko do domu, dzisiaj wielki dzień!
Wywróciłam tylko ślepiami, jakbym chciała żałośnie zawołać „co jeszcze?!”. Na ten widok poklepała mnie po karku i nachyliła się do mojego ucha, jakby miała zdradzić mi wielką tajemnicę.
Bella ma dzisiaj dziewiętnaste urodziny. Szykujemy jej niespodziankę. A dla ciebie chyba będzie to całkiem niezły pretekst do przeprosin, nie uważasz?
Nawet specjalnie nie zdziwiłam się tym, że już wie o naszym drobnym „spięciu”. Posłusznie potruchtałam za wampirzycą, mając nadzieję, że nie będę tego zbytnio żałować.